::księga gości::

2011
październik
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
kwiecień
marzec
2009
listopad
październik
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
wroga... wroga... wroga
prać by trza po mordzie, a poparzone witki dwie… Przegrane życie, przegrane wybory, wypada się dalej uśmiechać, żeby przecież szanowni rozmówcy nie poczuli się urażeni, ci lepiej urodzeni, ci lepiej wykształceni, ci jedyni w swoim rodzaju, tylko ja ze sztancy odbijany, tylko my z formy i głupiej propagandy, tylko my, witki dwie, spalone, spalone, … Jaya gana mana…. Ucieczki w fabuły, słoneczne podróże myslą w kraje całkiem indziej gdzieś, potem powrót tu. Jaya HE! Zaczął się nowy akademicki rok – student, wykładowca, i porażony wyborca wchodzę w to. Wchodzę jak saper w pole minowe, jak kibic Wisły na powiśle, jak mak w hałas, jak hałas w ciszę cmentarzy. Jak samolot we mgłę. Komu może być dobrze, temu jest, mnie zas dziwnie jest. Nagle powróconym w szkołę, Gombrowicz złośliwie uśmiecha się zza konterfektów swojej Rity, ile razy patrzę w wąwóz Krakowskiego Przedmieścia gdzie hotel literatów przypomina wizytę mitycznej Rity. Nowi ludzie, starzy znajomi, wróciłem ze swojej wsi do stolicy z przytupem i śpiewem pod nosem. Choć nie mogę śpiewać, bo wszystkim wam to tak cholernie przeszkadza. Mysli kręcą się po głowie jak mrowie, murwa kać, nie mogę spać, nie mogę wyjść, bo zanim wyjdę, galopada niesie mnie ku jakimś zapomnianym tomom, rzeczom, opowieściom, przedmiotom, szybko doczytać, zanotować nim ucieknie. Wymienić ostatnią żarówkę. Wszystko się kręci, możliwości prezentują się i znikają w toni nocy, a nad ranem trzeba tylko pamiętać, spakowac wszystko i gnać. Gnaty bolą, flaki rwą, włosy siwieją – jak dziwnie. Szto takoje rycar’ biez liubwi i szto takoje rycar’ biez udaczi… Para para paradujemsya… No tak, samotnie przemierzając moje drogi, jaki ze mnie rycerz prrrr… Stójcie mysli oszalałe. Wisła toczy się, świat się toczy, i toczy mnie ta samotność jak złośliwy czerw. Czarowna czerwień zachodu już umknęła sprzed oczu, miotam się w wirze słów, nic nie mogę znaleźć, i cały świat The World seems absolutely crackers… I like chinese….! Wspominam wieś. Wspominam jedyny i niepowtarzalny koktajl gnoju, świeżego powietrza i szczekających psów. Niebo gwiaździste nade mną, a we mnie ani kropli alkoholu. Przede mną ekran laptopa. Dziś nad zagrobowym światem przewala się wielki wicher. Gwiazdy lśnią i zachętliwie myrgają. Smakuję samotność, tu w ciszy i spokoju smakuje bardziej gorzko, ale zarazem jest jej jakby mniej. W warszawskim tumulcie wszędzie wyziera samotność. Ze spotkań z byłymi znajomymi, którzy pytają, czemu nie zaglądam… Nie, nie będę zaglądał, tamten zakątek mojego świata świadomie zostawiłem, bo za bardzo boli zaglądanie, przyjaciele. Niech minie pare lat, jak już zasklepię się w swojej goryczy…. Możemy porozmawiać, ale kiedy patrzę na te wszystkie filmy ze wspomnień, na wasze twarze i inne twarze, na wszystkie przebiegłe plany i popętlone prawdy – nie chce mi się. Gadać mi się nie chce, śmiać mi się nie chce. Nawet milczeć mi się nie chce. Co najwyżej zamyczeć żałobnie… NIeee dliaaa mieniaaaa… Zaglądać gdziekolwiek. Na razie umarł dla mnie i teatr, i wy. Może kiedys od nowa i z nową siłą będę mógł zabrać się za to, ale póki co… Borykam się z samotnością za bary jak baryka z losem. I nie chodzi mi o całkowitą samotność od ludzi. Chodzi mi o tę chwilę dnia, kiedy wracam do pustego domu. Chodzi o parę chwil poranka, kiedy jest zimno i mogę porozmawiać z otwartym oknem. Z nikim więcej. Czasem z radiem. Z radio. Moje stare podręczniki polskiego upierają się, że to wyraz nieodmienny. Ale już od dawna odmienia się jak zwykła kobieta przez wszystkie przypadki. Całuję Twoją dłoń, madame, …. I tak jakoś się składa, że każda kolejna. dama z którą łapię wspólną falę, jest takim radio, które staje się radiem, a potem zaczyna łapać wszystkie możliwe stacje oprócz mojej. Ale to jest całkiem nieważne: jest wiem i drzewo jest, i chory pies. I kot co przychodzi się połasić. A jeszcze oglądałem niedawno taniec traktorów. Do rytmu który grał gdzies w pamięci, maszyny tańczyły na kupie ciętej kukurydzy, przyfastrygowanej już starannie do ziemi… Łyżkami traktory kłaniały się, wielkie koła jak wielkie buty tancerzy ugniatały przyszłą kiszonkę dla muczących do taktu krów. Na podwórzu rdzewiała kabina traktora, stary wicher, kawałki jakiejś brony. Stare kółko na dawno nie zamykanych dźwierzach bramy. Powrót do stolic. Koniec ciszy. Koniec dobrego snu – przewalanie się, powroty do pustego domu. A nad wszystkim na skarpie jak wielkie gniazdo pająków Uniwerek. Tam jest wszystko ważne dla mnie dziś. Przyszłość, jedyna jaką mam – ja i książki, przekładanie, smakowanie zapachu starych kart, patrzenie na papier pod światło by zobaczyć fakturę i tajemnicę. Ważenie tomów w dłoni. Delikatne wodzenie palcem po czyichś notatkach. Słowach. Uwagach. Małych wrednych cyferkach dawno już straconych bibliotek i zbiorów.Siedzą na kartkach i mają za złe. Znów. Tramwajem jadę na wojnę… Tak, tramwajem jadę na mój prywatny dżihad, dżihad samodoskonalenia, ulepszenia,na najlepszą uczelnię w naszym kraju, ale w moim tramwaju jest jeszcze jeden przedział, tamten nur fur.. Tramwajem z przedziałem… Patrzę na tamten przedział, uśmiechają się, tańczą, świętują wszystkie swoje zwycięstwa Gdzie moja opaska, opaska na ramię powstańca… Oni maja opaski w tamtym przedziale, oni mają biało czerwone opaski, to oni są polską, oni, zwycięscy. Alkohol nie pomaga. Spotkania ze starymi znajomymi nie pomagają, a nawet robią gorzej. W kniei mojej czaszki jakiś potworny Grawp okłada mnie po duszy. Cienie pod oczami powoli budzą się razem z cieniami w kątach… Ryczą coś i ciągną ku mnie. Kiedy wreszcie obudzę się, będę na wielkiej białej płycie marmurowej, tocząc się jak bilardowa kula…. Dzyń. Dzyń dzyń… Polacy, gdziekolwiek się znajdujecie… Stare Miasto,wiernie ciebie będziem strzec… Mamy rozkaz cię utrzymać… utrzymać.. utrzymać…
adam-widur 2011-10-09 23:57:55
skomentuj (2)
dzień
nibysłońce nibyniedziela nibyspokój.

za oknem trochę słońca i trochę wiatru. cisza wędruje pod rękę z wyciem samochodów i pokrzykiwaniami niedpopitych po sobotniej nocy sąsiadów. Leniwa niedziela. Praca czeka za winklem jutra, ale dziś. Dziś patrzenie sobie w oczy w lustrze, spacer po mieście. Smakowanie życia - faktura ścian, faktura drzew. Ręka. Jedna pojedyńcza.


skończyło się rok temu. ponad rok temu. nie wiem już.

adam-widur 2011-07-24 11:57:16
skomentuj (3)
pożar na jaracza.

Na jaracza po pożarze ciągle jeszcze najarane. słońce za to i wiater w niebiesiech. I chmury cudne. Deser z mrożonej chmury zanurzonej w żwawym wietrze. I deszcz ze słońcem w roli wisienki na torcie.

 

A zaczęło się od podejrzanej woni smażonego plastiku. Mając w uszach Uniwersyteckie kuranty szedłem spokojnie po topieli. Właśnie rozważałem chwilę, gdy tą samą melodyjkę usłyszałem na sławetnej uczelni w Chinach, a potem jeszcze bardziej gdy dowiedziałem, że tak samo śpiewa Duży Benio.

 

Nie ten Duży Benio który spotkał mnie przy ołtarzu w kolejnym dniu, zdziwiony niepomiernie, że to dawny kolega z klasy. Narzeczona jego też zdziwiona. A Benio przejęty poważnym urzędniczym egzaminem… Już zaraz… Trzeba będzie zadzwonić zapytać jak poszło.

 

Melodyjkę wygrywa Duży Londyński Benio. The Zegar-na-wieży.  

Między me zamyślenia wtargnął spalony plastik. Rozejrzałem się. Nie palił się żaden śmietnik, w zasięgu wzroku nie eksperymentował z zapałkami i piłeczkami do pingponga żaden bachor. Wiem wiem, piłeczki do pingponga pachną inaczej. To powiedzmy: żaden bachor nie zrobił sobie bombowca z patyka i płonącej torebki.

A powęszyłem chwilę. I ruszyłem. Rozważałem właśnie po raz enty (błogosławione enty fangornu, już niedługo do was przybędę)  implikacje nieudanej mej miłości i tego, że o tamtej nie zapomnę, i nigdy nie... W każdym razie jak zawsze rozczuliłem się nad sobą i dopiero kiedy mijałem kościół zauważyłem że coś nie tak się dzieje w na winklu gdzie dawniej apteka a dziś tanie ciuchy.

 

Płonął dach. Oczywiście nie sposób się było dodzwonić na 112, ale chyba ktoś wcześniej zdążył powiadomić służby. Chwilę później pojawiła się policja. Usiłowali regulować ruch czy coś takiego, na chodnikach zaczęły się tworzyć zbiegowiska, z płonącego domu patrzyli na nas zaskoczeni lokatorzy, nie widząc powodu do paniki tkwili i usiłowali zrozumieć czemu wszyscy patrzą na ich dom...

 

Straż przyjechała nieco później.  Z dachu walił jednolity żółto-czarny dym, część dachu przepaliło już na wylot, buchały płomienie. Lokatorzy dalej nie wiedzieli o co chodzi. Strażacy chwilę manewrowali między policyjnymi samochodami umiejetnie blokującymi drogę.

 

Wbiegli do domu.

 

Tłum gęstniał.

 

Pierwsi odważni zaczynali komentować

 

Panie, to im tam wszystko popali

E tam popali. Najgorzej to jak im wszystko pozalewa przy gaszeniu. Przecież leją wodę żeby zgasić nie patrzą, nie?

 

Panie bo to wszystko ci dzicy lokatorzy panie.

 

Eee tam..

 

Widać że straż zaczęła gasić – między rozbuchane czarnożółte chmury dymu nagle wkradają się wyraźne siwe wełniane kłęby – nauczono mnie kiedyś, że to znaczy parę wodną, i że dotarli z wodą do płomieni.

Dawno to było, kiedy cały dzień oglądałem gaszenie teatru narodowego, kiedy ten płonął jak pochodnia dzień i noc. To był potężny pożar.

 

Dojechały kolejne wozy -

 

I elegancki nowoczesny podnośnik. Nie będzie tak kiedyś przy gaszeniu zabytkowego dziś neonu jubilera w Alejach Jerozolimskich, kiedy piętnaście razy zaciął im się wózek na drabinie, i nie mogli wjechać by zgasić. Na podnośnik żwawo wskakuje pan strażak holując długi szmaciany wąż.

 

Wjeżdża. Po chwili kombinowania odpala węża...

 

Psik, poleciało i przestało.

 

Odpala jeszcze raz...

 

Poleciało chwilę dłużej i znowu nic.

 

I tak parę razy.

 

Pojedyńcze zbiegowiska zlewają się w tłum, w nim nerwowo biega piękna dziewczyna o twarzy perskiego anioła – i nerwowo opowiada – ja tam, ja tam mieszkam, mama mówi żeby nie wracać, oni nie wpuszczają mnie tam, no, tam jest mój dom, moje mieszkanie. W oczach łzy. Idzie i mówi to wszystko w przestrzeń. Strażakom dalej nie leci. Ale siwy dym z poddasza wskazuje, że nie leci tylko po  zewnętrznej, bo w środku widać gaszenie idzie w najlepsze. Ale lud widzi tylko zewnętrze.

W tłumie zaczyna gęstnieć atmosfera, jakiś niezadowolony gdera na głos:

 

 

Przecie to wstyd, hańba, patrzcie ludzie , z drugiego końca tłumu słychać gwizd. Gderający dalej mówi i nagle obok mnie jakiś inteligentny młody człowiek z dużego miasta, ubrany w krótkie spodenki i dresową bluzę delikatnie zwraca uwagę:  Zamknij mordę

Bo co? Tak pracują pieniądze z naszych podatków, państwo przestaje działać, Gronkiewicz...

Dres: Zamknij kurwa mordę! Pis może byłby lepszy kurwa co?

Niezgaszony jak pożar gderacz truje dalej: Ciekawe co byś powiedział gdyby twój dom tak gasili

A nerwowy dresik daje najgłupszą z możliwych propozycję: Kurwa sam idź pomóż im gasić,

Strażacy najbardziej nie lubią takich pomocników.

 

Ale, niezależnie od politycznych sporów pożar trwa, woda z beczkowozu (w międzyczasie dojechał) leci równie niechętnie jak ta hydrantowa, gaszenie trwa. Pierwsi ewakuowani lokatorzy

Idę dalej. Potem opowieści o pożarze rosną do groźnych eposów: z budynku kobietę młodą wyprowadzili w kajdankach, profesor nerwolog proszę pana spalił się ze wszystkimi książkami, widziałam jak rąbali mu okna i tam czarny dym leciał....Bo to remont robili dzicy lokatorzy, to na pewno oni. Ja widziałam, widziałam, tam dym leciał w kominach, to ostatni lokator napalił, ten z dołu, a sadze w kominie się zapaliły to wszystko on ubek skurwysyn...

Niedługo dojdziemy do spisków i greckich oblężeń.

 

Dom powoli dogasa kiedy wychodzę na wieczorny spacer. Jeszcze z reflektorami przeglądają dach, jeszcze ludzie nie mogą wrócić do domów, rozjeżdżają się po znajomych.

Ja jestem za zła wsza na gęsty grzebień. Nie obchodzi mnie już to. Zatapiam się we własny ból. Jutro boże ciało, jutro pilnowanie ołtarza, jutro .... Jak zwykle nic.

 I  przebiegło parę dni  jakby  cieni w zmrocznym lesie, ani się człowiek obejrzy a kolejne dzisiaj wściekle gryzie po kostkach.

Siedzę spokojnie w cukierni, panie za lada przekomarzają się Blondynka – oj, nie dałam siostrze pączków, zapomniałam. Brunetka z przekąsem– Zakochana jesteś pewno, co? - Że co? - Że zakochana, najlepiej to we własnym mężu. – No co ty, pięć lat po ślubie – odpiera zapominalska zdziwiona i z pewnym takim niesmakiem.

Po chwili zastanowienia równie zdziwiona pani Brunetka mówi – a ja dwadzieścia już lat i go ciągle kocham.

 

No proszę. Jest jeszcze nadzieja na tym świecie, może ja mam pecha, ale są jeszcze na tej ziemi potwory o których filozofowie najchętniej by nie mówili, bo im teorie biorą w łeb i piją na umór – kto to słyszał, kochające żony…

Do torcika hiszpańskiego dodaję więc południowy smak herbaty,choć południowy temperament dalej w zimowym śnie,to południce na łowach więc czekam, czekam na zachód słońca.

 

O północy patrzę na cienie na ścianie. I liczę co większe komary.


adam-widur 2011-06-28 01:32:36
skomentuj (0)
oberek
to wszystko kręci obraca się, obraca. Świat wiruje w szaleństwie, ale nie to nie świat, to ja stoję sam, sam, patrzę w drzewa i zauważam ze to nieone się kręcą, to ja się kręcę, ja obracam się, ja....


ulice są pełne krwawych trucheł ptasich. ptasich. rozdłubane przez gawrony gołębie, zabite przez sroki wróble. Gołębie wtarte w asfalt oponami. stąpam delikatnie. nie moge juz całkiem spać, więc tylko chłonę dźwięki i obrazy.

ból rozrywa mi twarz, cios, ból, ziemia, cios.


wszystko obraca się.


wszystko


kończy się.


wirem.
adam-widur 2011-06-15 00:57:38
skomentuj (0)
buły ef
fabuły. jej fabuła jest obca i inna. musze się wreszcie kiedys pogodzić, jak bardzo obca jest ta opowieść. nie ma co siedzieć i patrzeć w ścianę, nie ma co chłonąć dziwnych opowieści ...


a ja nie mogę.


czytam. myślę. czytam.



ech.
adam-widur 2011-05-24 09:52:58
skomentuj (5)
tylko jeszcze parę godzin
i zmartwychwstanie, i pójdą uczniowie z wieścią po ziemi.


siedzę, chłonę fabuły. swięta czas wolny i pełen mylącego spokoju.


te chwile które kiedys tak marzyłem zeby nie spędzać samemu. i które spędzałem w samotności, nawet kiedy podobno nie byłem sam.


sam.



dzyń dzyń dzyń.



adam-widur 2011-04-23 16:10:15
skomentuj (2)
rusałka
pawik, polatująca w pramieniach słońca wczesną wiosną, jakieś dwa tygodnie temu. Na TEJ drodze, którą ona chodzi i którą ja chodzę, w dwie różne obce zupełnie strony.

Jeszcze rok temu śpiewałbym pieśni, śmiał się i opowiadał o tej rusałce, że Inachis, i ze Io, i zaprowadziłbym, i pewno szukalibysmy motyla, który w międyzczasie uleciał nie wiadomo gdzie niesiony wiatrem. Dureń. jakby ją to cokolwiek interesowało.

Nie jestem stworzony do współczesnych związków. Na yahoo angielskim w poradniku: nie mów swemu partnerowi o spotkaniu z byłym, o tym że z przyjacielem po pracy "hang around".  A już na pewno nie mów partnerowi ze go zdradzasz, tak? No chyba ze zapyta wprost.


nowoczesne związki.


rzyg.
adam-widur 2011-04-11 06:37:59
skomentuj (2)
{smscontact}